Ogień modlitwy

Pewien pastor zrobił w swoim zborze ankietę. Poprosił, żeby ludzie ocenili jaki jest duchowy stan jego zboru. Różni ludzie pisali różne rzeczy. Ale jedno zdanie się wyróżniało. Ktoś napisał: nasz zbór umiera, bo się nie modli. Niby wszystko jest OK, ale nie ma życia. Nie ma życia, bo nie ma modlitwy.

(kazanie w formie audio tutaj)

Na początku roku słuchałem kazania z Kościoła Brooklyn Tabernacle w Nowym Jorku. To kazanie w oparciu o 2 Tym. 1, 6 mocno do mnie przemówiło. Z tego powodu przypominam ci, abyś rozniecił na nowo dar łaski Bożej, którego udzieliłem ci przez włożenie rąk moich. (2 Tym. 1, 6)

Apostoł Paweł pisze do swojego młodszego brata w wierze, Tymoteusza, że ma rozniecić na nowo dar łaski Bożej. Tymoteusz był człowiekiem wierzącym. Był ewangelistą. Miał dar łaski Bożej. Ale w pewnym momencie jego miłość do Pana zaczęła niepostrzeżenie stygnąć. Inne rzeczy zaczęły być ważniejsze od Boga.

W jakiej sytuacji jesteśmy?

Być może jesteśmy dziś w podobnej sytuacji. Być może nasze serce nie jest już tak blisko Pana. Jest wypełnione sprawami tego świata. Brakuje nam mocy, ognia. I potrzebujemy rozniecić w sobie na nowo dar łaski Bożej.

Paweł pisze: roznieć na nowo dar łaski Bożej… Zauważmy, że to na Tymoteuszu spoczywała odpowiedzialność, aby to uczynić. Nie na Pawle. Nie na Bogu. Ale na Tymoteuszu. Tymoteusz miał do swojej dyspozycji wszystkie potrzebne środki. Ruch był po jego stronie.

Podobnie gdy widzimy ogień, który dogasa – też możemy coś z tym zrobić. Możemy dmuchać, dołożyć chrustu i gałęzi, żeby buchnął wysoko. Coś takiego miał zrobić Tymoteusz ze swoją wiarą.

Modlitwa drogą do odnowy

Ale jak to uczynić? Kluczową kwestią jest tu modlitwa. Szczególnie modlitwa indywidualna, osobista, może gdzieś w odosobnieniu. I też modlitwa dziękczynna i wysławiająca Pana. Jak powietrze i chrust dla ognia, tak do pobudzenia życia duchowego potrzebna jest modlitwa. Jeżeli chcemy rozniecić w sobie żar dla Pana powinniśmy więcej się modlić.

Biblia daje nam wspaniałe wzorce osób, które się modliły. Nie modliły się tylko od przypadku do przypadku, ale systematycznie. Przede wszystkim czytamy jak modlił się nasz Pan, Jezus Chrystus. Jezus modlił się na osobności rano, gdy wszyscy jeszcze spali. Na początku Ewangelii Marka czytamy, że uczniowie szukali Jezusa i nie mogli go znaleźć. I w końcu go znaleźli. Co robił Jezus? Modlił się. Rozmawiał na osobności ze swoim Ojcem (Mar. 1, 35-38).

W Ewangelii Mateusza czytamy, że gdy Jezus dokonał cudu pomnożenia chleba wysłał uczniów w łodzi na drugą stronę morza (Mat. 14, 23). A co sam uczynił? Wszedł na górę, by się modlić. Spędzał czas na osobności ze swoim Ojcem. Może godzinę, może dwie.

Z tego co widzimy w Ewangeliach nie było to u Jezusa nic wyjątkowego, ale raczej stały zwyczaj. Jezus miał w zwyczaju spędzać dużo czasu na rozmowie z Ojcem. Rano i wieczorem.

Podobnie czynili Apostołowie. W Dziejach Apostolskich czytamy, że Apostoł Piotr przebywając u Szymona garbarza wyszedł w porze obiadowej sam na taras, aby się modlić (Dz. Ap. 10, 9). Nie sądzę, że to była przypadkowa okoliczność. Po prostu Apostoł Piotr miał w zwyczaju modlitwę w ciągu dnia. Apostoł Paweł często pisał, że nieustannie modli się o innych chrześcijan. To nie były puste słowa, ale on to czynił. Apostołowie mieli zwyczaj regularnej modlitwy.

Przeszkody w modlitwie.

I my również powinniśmy mieć taki zwyczaj, nawyk. Nasz przeciwnik, diabeł będzie się starał zniechęcać nas do systematycznej, regularnej i długiej modlitwy. Będzie nam rzucał kłody pod nogi. Zawsze będzie coś ważniejszego. A to jakieś sprawy do załatwienia. A to film w telewizji czy mecz. A to coś na telefonie.

Ciekawe jest to, jak dużo czasu spędzamy na telefonie. Telefon jest zrobiony tak, żeby spędzać na nim jak najwięcej czasu. Wielkie firmy walczą o nasz czas i o naszą uwagę. Ale pytanie brzmi: ile czasu poświęcamy na modlitwę do Pana?

Uważam, że każdy wierzący człowiek może i powinien poświęcać dużo więcej czasu dla Pana i będzie to czas wartościowy. Wyjdziemy przemienieni, wzmocnieni.

Jedynie gdy nie mamy relacji z Bogiem, wówczas próba długiej modlitwy będzie dla nas frustrująca. Tu klasycznym przykładem jest John Wesley, kaznodzieja angielski z XVIII wieku. W młodości cudem ocalał z pożaru i postanowił wtedy oddać swoje życie Bogu. Uczynił to, został duchownym i pojechał ewangelizować Indian w Ameryce. Ale praca ta go przerosła i postanowił wrócić do Anglii. Chciał służyć Bogu, ale mu to nie wychodziło.

W drodze powrotnej na oceanie rozpętała się wielka burza i statek o mało co nie zatonął. W obliczu śmierci Wesley był przerażony. Ale na statku była grupa wierzących, Braci Morawskich, którzy mieli żywą wiarę. Oni nie odczuwali strachu, ale radowali się w Panu. Wesley zrozumiał, że coś z jego wiarą jest nie tak. Po powrocie do Anglii zaczął szukać sekretu prawdziwej wiary. I w końcu go odkrył – słuchając na jakimś spotkaniu odczytywane słowa komentarza Marcina Lutra do Listu do Rzymian. Poczuł w sercu ciepło Bożej miłości i dopiero wtedy przeżył duchowe odrodzenie.

Można być człowiekiem bardzo religijnym, można być nawet duchownym, misjonarzem, ale nie być człowiekiem odrodzonym duchowo. I wtedy modlitwa będzie czynnością trudną, jałową i frustrującą. Ale dla ludzi wierzących modlitwa jest czymś innym.

Dla Jana Wesleya to co wcześniej było jałowe i trudne nagle stało się rozkoszą. Modlitwa, spędzanie czasu z Bogiem stało się czymś, na co poświęcał bardzo dużo czasu. Zaczął się ruch przebudzenia w Kościele Anglikańskim i powstał Kościół Metodystyczny.

Jeśli jesteśmy osobami nawróconymi, odrodzonymi z Ducha Świętego, to spędzanie czasu z Bogiem na indywidualnej modlitwie nie będzie trudne. Będzie dla nas miłym i przyjemnym doświadczeniem. Ale warunek jest taki, żebyśmy byli ludźmi odrodzonymi duchowo.

Jaka powinna być nasza modlitwa?

Co mamy czynić w modlitwie? Przede wszystkim wysławiać Boga. Modlitwa zbyt często kojarzy nam się tylko ze wstawiennictwem, z proszeniem Pana o różne rzeczy. Za mało jest natomiast uwielbienia Boga. A uwielbienie powinno być główną treścią modlitwy.

Zobaczmy jak zaczyna się modlitwa Pańska: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje (Mat. 6, 9). Najpierw uwielbienie, chwalenie Boga, wysławianie Go, a dopiero później prośby. Gdy spojrzymy na Biblię to widzimy, że Boży ludzie zwyczajnie dużo czasu spędzali na uwielbianiu Boga.

Widać to od samego początku Biblii, już w Księdze Rodzaju. Gdy Setowi urodził się syn Enosz, wtedy zaczęto wzywać imienia Pana (1 Moj. 4, 26). O Abrahamie jest napisane w 3 miejscach, że wzywał imienia Pana (1 Moj. 13, 8; 13, 4; 21, 33), raz o Izaaku (1 Moj. 26, 25). Psalmy Dawida są przesycone uwielbieniem Pana. O Danielu czytamy, że 3 razy dziennie padał na kolana, modlił się i wysławiał swojego Boga (Dan. 6, 11). To nie były modlitwy wstawiennicze. To wszystko były modlitwy dziękczynne.

Założyciel szkoły Biblijnej gdzie studiowałem, Joseph Carroll, napisał książkę pt. Jak czcić Jezusa Chrystusa. Zapamiętałem jedno ważne zdanie z tej książki. Napisał, że gdy chwalimy Chrystusa, wtedy staje się On dla nas realny. Widzimy go coraz wyraźniej jako Boga oczami naszej duszy. Ale to się nie dzieje automatycznie. Musimy poświęcić czas, by go chwalić. To dlatego oddawanie chwały Bogu jest takie ważne. Bo wtedy, po pewnym czasie, zaczynamy doświadczać realnej obecności Boga. I nasze serce się wzmacnia.

Dawid powiedział: Tak błogosławić cię będę, póki życia mego, w imieniu twoim podnosić będę ręce moje. Dusza moja nasyca się jakby szpikiem i tłuszczem, a usta moje będą cię wielbić radosnymi wargami. (Ps. 63, 5-6) Gdy uwielbiamy Boga, to nasz duch się karmi, nasyca się jakby szpikiem i tłuszczem.

Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to spędzanie nawet długiego czasu na modlitwie nie będzie dla nas trudne. Będzie przynosiło nam pożytek, wzmocnienie. I każdy z nas może to czynić.

Oczywiście zawsze będą rywale. Zawsze będziemy musieli mobilizować się do modlitwy, zachęcać sami siebie do modlitwy. Dawid mówił o impulsie od Boga do modlitwy, któremu musiał być posłuszny: Z natchnienia twego mówi serce moje: „Szukajcie oblicza mego!” Przeto oblicza twego szukam, Panie (Ps. 27, 8).

Jako pastor staram się modlić dużo. Ale jakiś czas temu zauważyłem pewną niebezpieczną tendencję. Że zacząłem traktować modlitwę powierzchownie. Jako dodatek, niezbyt ważną czynność, coś co trzeba załatwić zanim przejdę do ważniejszych rzeczy. A nie jako czynność, którą z góry sobie planuję i której całkowicie się oddaję. To bardzo niebezpieczna postawa. I nic dziwnego, że później w życiu nie ma ognia i wpływu. Bo ten ogień można rozniecić tylko przez modlitwę.

W jaki sposób być pełnym Ducha?

W liście do Efezjan czytamy: I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha (Ef. 5, 18). Dobrze znamy te słowa. Ale często są one dla nas tylko teorią, a nie praktyką. Co to znaczy napełniać się Duchem? Jak to czynić?

Ciekawe w tym wersecie jest zestawienie picia alkoholu z napełnianiem się Duchem Świętym. Co ma wspólnego jedno z drugim? Wydaje się, że to są dwie skrajnie odległe czynności i rzeczywiście tak jest. Ale jednak są pewne analogie.

Człowiek pod wpływem alkoholu nie jest sobą. Nie kontroluje siebie, jest rozwiązły. Mówi rzeczy, których normalnie by nie powiedział. Robi rzeczy, których normalnie by nie zrobił. Choć niektórzy żartobliwie twierdzą, że właśnie wtedy człowiek jest sobą – i w tym coś jest. Bo wtedy bez żadnych przeszkód wychodzi na jaw skażona grzechem natura ludzka.

Ale człowiek napełniony Duchem Świętym też nie jest sobą. Inaczej postępuje niż postąpiłby, gdyby nie był napełniony Duchem. Ma więcej duchowego rozeznania, wyrozumiałości, miłości, mocy, powściągliwości. Ma moc od Boga, by żyć jak Chrystus.

Jest jeszcze jedna analogia do picia alkoholu. Żeby napełnić się winem trzeba coś zrobić. Pójść do sklepu. Kupić alkohol. Usiąść, wypić. Trochę czasu to zajmuje. Dopiero po pewnym czasie człowiek znajduje się pod wpływem alkoholu.

I tak samo, by zostać napełnionym Duchem Świętym, coś trzeba zrobić. Samo się to nie stanie. Trzeba trochę czasu, żeby rozniecić ogień. A co takiego trzeba zrobić? O tym mówi kolejny werset: Rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu (Ef. 5, 19).

Żeby napełnić się Duchem Świętym trzeba napełnić swój umysł określoną treścią: prawdą Słowa Bożego. To naturalnie rodzi uwielbienie. Świat dookoła nas cały czas napełnia nasze umysły swoją treścią poprzez telewizję, media i inne osoby. Dlatego tak ważne jest, by systematycznie dawać napełniać swój umysł prawdą Słowa Bożego.

Ostatnio pewna siostra w wierze opowiadała, że miała bardzo trudną sytuację w domu. Już wcześniej dużo się modliła o rozwiązanie tej sytuacji, ale bez skutku. W momencie krytycznym nie wiedziała już co ma robić. Wzięła słuchawki puściła bardzo głośno muzykę chrześcijańską. Przez dwie godziny uwielbiała Pana. Nie modliła się i nie prosiła Boga. Tylko uwielbiała Go. I w ciągu kilku dni Pan zupełnie zmienił okoliczności.

Za dużo prosimy Boga, a za mało cieszymy się Bogiem, za mało Go uwielbiamy. Być może gdybyśmy więcej go uwielbiali, wtedy też lepiej byśmy go prosili, bo mielibyśmy lepsze rozeznanie o co prosić (Jak. 4, 3). Dopiero gdy poświęcamy czas by to czynić, wówczas napełniamy się Duchem Świętym.

Płomień musi płonąć cały czas

Napełnianie się Duchem Świętym jest Bożym przykazaniem. Nie jest jakąś alternatywą dla bardziej duchowych chrześcijan. Wszyscy chrześcijanie powinni napełniać się Duchem Świętym. Ten płomień ma płonąć cały czas.

Ale jak długo się modlić? Godzinę, dwie godziny? Czy wystarczy pięć minut? Dużo zależy od tego jak się modlimy. Jeśli modlimy się z kimś, to nasze modlitwy zasadniczo nie powinny być zbyt długie, przez wzgląd na szacunek dla innych ludzi. Ludzie mają ograniczoną możliwość koncentracji. Chyba, że umówimy się wcześniej, że poświęcimy wspólnie więcej czasu na modlitwę. Natomiast modlitwy na nabożeństwach powinny być raczej zwięzłe. Unikamy wtedy błędów przed którymi przestrzegał nasz Pan. Ostrzegał, by nie modlić się na pokaz, dla innych (Mat. 6, 5-6).

Jeśli modlimy się sami, to oczywiście możemy modlić się dłużej. Ale też musimy uważać, aby nie popaść w wielomówstwo. Jezus i przed tym nas ostrzegał – poganie modlą się długo, bo myślą że dla wielu słów będą wysłuchani. Ale to nie jest potrzebne. Nasz Ojciec wie, czego potrzebujemy zanim otworzymy usta (Mat. 6, 7-8).

Nie jest ważne jak długo się modlimy – czy to jest minuta, pięć, dziesięć minut czy godzina. Ale ważny jest efekt. Gdzie ta modlitwa mnie doprowadza. Czy napełniłem się Duchem Świętym.

Tylko Bogu chwała!

A jak to ocenić? Jest na to prosty sposób. Jestem pełen Ducha wtedy, gdy szczerze pragnę, żeby tylko Bogu była chwała, a nie mi. Jeśli szczerze pragnę, by Jezus był wywyższony, wtedy jestem pełen Ducha Świętego. Komuś to może zająć krócej, a komuś dłużej. Ale ważne, byśmy cały czas do tego punktu dochodzili.

Diabeł będzie nam mówił: to nie dla ciebie. Nie dasz rady. Nie wytrwasz. Ale to nie jest prawda. Jeśli jesteś człowiekiem wierzącym, to dasz radę trwać w uwielbieniu. Co więcej, im więcej będziemy się modlić, tym łatwiej będzie nam modlitwa przychodzić.

Paweł napisał do Tymoteusza: ćwicz się natomiast w pobożności. Albowiem ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek, pobożność natomiast do wszystkiego jest przydatna (1 Tym. 4, 7-8). Sportowcy dużo ćwiczą i wyrabiają mięśnie. Miałem w szkole kolegę, który zawsze był bardzo szczupły i wysoki. Po ukończeniu szkoły przez dłuższy czas go nie widziałem. A gdy po pewnym czasie zobaczyłem go ponownie to prawie go nie poznałem. Miał potężne mięśnie. Zapytałem go, co się stało. Powiedział, że zaczął chodzić na siłownię.

Ale Apostoł Paweł mówi, że ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek. Jakiś pożytek jest, łatwiej nam coś udźwignąć, itp. Ale jest on niewielki, w porównaniu z ćwiczeniem duchowym. Jeśli będziemy dużo się modlili, to będziemy się wzmacniać duchowo. Będzie w nas więcej owocu Ducha Świętego: miłości, radości, pokoju, cierpliwości, wyrozumiałości, powściągliwości. I po jakimś czasie ludzie nas nie poznają. Zapytają: to ty? Staniemy się innymi ludźmi. Oczywiście nie ćwiczymy się dla siebie, ale po to by lepiej służyć Bogu i bliźnim.

Pamiętajmy, że to o czym mówię nie jest jakąś opcją dla bardziej uduchowionych chrześcijan. Wszyscy mamy napełniać się Duchem. Świat napełnia nas cały czas i będzie nas cały czas napełniał. Przez telewizor, radio, komputer, telefon, ludzi wokół nas. Przenikają do nas treści tego świata. To jest nieuniknione.

Dbaj o to, by Bóg mógł cię stale napełniać.

Dlatego musimy poświęcić czas, by dać się napełniać przez Boga. Powinniśmy to czynić systematycznie, regularnie. Wtedy będziemy mocniejszymi chrześcijanami, będzie w nas więcej mocy, Bożego pokoju.

I nasz zbór będzie mocniejszy. Będziemy bardziej atrakcyjni dla ludzi wokół nas. Będą widzieli, że my mamy coś innego. Nie będziemy tylko wygadanymi ludźmi z wielkimi głowami, z dobrą teologią i z właściwymi odpowiedziami na wszystkie trudne pytania. Ale nasze życie będzie inne. Będzie w nim czuć obecność i moc Boga.

Ostatnio na obozie zadaliśmy dzieciom pytanie: czy zazdrość, zawiść to coś dobrego, czy złego? Oczywiście spodziewaliśmy się odpowiedzi: tak, to coś złego. Ale jedna grupa starszych chłopców powiedziała: to zależy. Zapytaliśmy: od czego to zależy? Oni na to: zależy, czego się zazdrości. Bo można na przykład komuś zazdrościć dobrej relacji z Bogiem! Musieliśmy przyznać im rację.

Jeśli będziemy ludźmi napełnionymi przez Ducha Świętego, będzie to widać. Będzie to atrakcyjne i pociągające dla innych ludzi. Będą nam nawet tego zazdrościć i będą chcieli doświadczyć tego samego. Ale droga do takiej postawy wiedzie przez poświęcenie czasu na uwielbianie Pana. Możemy i powinniśmy wszyscy to czynić. Jedyny warunek to ten, aby być odrodzonym człowiekiem.

Dlatego rozniecajmy dar łaski Bożej, który już mamy. Napełniajmy się codziennie Duchem Świętym. A Bóg będzie nas przemieniał w innych ludzi. Amen.