Skarb w naczyniach glinianych

Posted

(7) Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. (8) Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, (9) Prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani, (10) Zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło. (11) Zawsze bowiem my, którzy żyjemy, dla Jezusa na śmierć wydawani bywamy, aby i życie Jezusa na śmiertelnym ciele naszym się ujawniło. (12) Tak tedy śmierć wykonuje dzieło swoje w nas, a życie w was.

Dzisiejsze kazanie zatytułowane jest: Skarb w glinianych naczyniach. Ta intrygująca fraza pojawia się na samym początku rozważanego przez nas tekstu, w 7 wersecie. Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas (2 Kor. 4, 7)

Pierwsze pytanie brzmi: o jaki skarb chodzi? W 7 wersecie czytamy o Bożej mocy, która wszystko przewyższa. Poprzedni werset mówi Bożej o chwale, która rozświetla serca chrześcijan. Boża moc, Boża chwała.

I to jest właśnie ten skarb. W naszych sercach przez wiarę w Jezusa Chrystusa mieszka Duch Święty, który sprawia, że jesteśmy innymi ludźmi. Jesteśmy uświęceni. Jesteśmy prowadzeni przez Boga. W naszym życiu jest obecne coś nadprzyrodzonego, coś czego nie da się wytłumaczyć na ludzki sposób.

Ale ten skarb jest umieszczony w glinianych naczyniach. A czym są gliniane naczynia? Mowa tu oczywiście o naszym ludzkim ciele. O naszym znikomym, kruchym, podatnym na różne słabości ciele ludzkim. Biblia mówi, że pierwszy człowiek – Adam – był ulepiony z prochu ziemi, z gliny (Ks. Rodz. 2, 7).

Widzimy zatem kontrast: drogocenny skarb jest złożony w zwyczajnym naczyniu, w zwykłym, przeciętnym człowieku. Boża chwała zamieszkała w śmiertelnikach.

Dlaczego Bóg umieścił drogocenny skarb w zwyczajnym naczyniu?

Dlaczego tak jest? Dlaczego Bóg tak uczynił? Czytamy: aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. Aby ludzie widząc w nas obecność Bożej chwały nie zwracali uwagi na nas, lecz na Boga.

Ludzie mają naturalną skłonność do gloryfikowania innych ludzi. Ludzi się idealizuje, ludziom stawia się pomniki. Za czasów komunizmu w różnych krajach na ścianach urzędów wisiały ogromne zdjęcia przywódców tych krajów. Ale dotyczy to również przywódców religijnych. Na przykład w Tybecie w każdym domu jest zdjęcie Dalaj Lamy.

Bóg dobrze wie, że ludzie maja skłonność do idealizowania człowieka. I aby temu zapobiec coś uczynił: umieścił swój skarb w naczyniach glinianych. W zwykłych ludziach, poddanych wszystkim ograniczeniom, takich jak ty i ja. Dlaczego? Po to, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas.

W kolejnych 2 wersetach Apostoł Paweł podaje kilka konkretnych przykładów ze swojego życia mówiących o tym co to znaczy, że skarb jest złożony w glinianych naczyniach. Czytamy:

Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani. (2 Kor. 4, 8-9)

Pierwszy przykład mówi o ucisku, czyli o różnego rodzaju problemach i tarapatach. Apostoł Paweł często znajdował się w różnych tarapatach. Na przykład wkrótce po jego nawróceniu w Damaszku został przygotowany zamach na jego życie. I co się stało? Bracia dowiedzieli się o tym i go uratowali. Opuścili go w koszu poza mury miasta i w ten sposób uciekł (Dz. Ap. 9, 23-25).

Apostoł Paweł nie był supermenem.

Zauważmy, że Apostoł Paweł nie był supermenem. Nie stanął naprzeciwko prześladowców i nie spowodował, że z nieba spadł na nich ogień i ich strawił. Nie, on był słaby. Był zwykłym człowiekiem, ulepionym z gliny. Musiał ratować się ucieczką. Ale choć często był uciskany, to Bóg zawsze, niekiedy w ostatniej chwili, dawał jakieś wyjście, jakiś ratunek. Uciskani, ale nie pognębieni.

Kolejny przykład. Paweł mówi: jesteśmy zakłopotani, ale nie zrozpaczeni. Słowo zakłopotani oznacza: pozbawieni środków do życia. Apostoł Paweł często znajdował się w biedzie. Na przykład podczas podróży misyjnej do Tesaloniki zabrakło mu środków pieniężnych. I co się stało? Bracia z Filippi przysłali mu zapomogę, i to dwa razy (Fil. 4, 6). Bóg zawsze go zaopatrywał.

Apostoł Paweł nie był milionerem. Nie miał ogromnego konta i karty płatniczej, z której mógł swobodnie korzystać gdy tylko miał jakąś finansową potrzebę. Bardzo często nie miał nic, żadnych środków do życia. Ale Bóg zawsze dawał mu wyjście i go zaopatrywał. Zakłopotani, ale nie zrozpaczeni.

Powaleni, ale niepokonani

Kolejne przykłady: Prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani. Tu można również wskazać na konkretne epizody z życia Apostoła Pawła. Na przykład sytuacja, która miała miejsce w Listrze, gdzie Apostoł Paweł i Barnaba głosili ewangelię. Co stało się później?

Tymczasem nadeszli z Antiochii i z Ikonium Żydzi i namówiwszy tłum, ukamienowali Pawła i wywlekli go za miasto, sądząc, że umarł. Kiedy go jednak uczniowie obstąpili, wstał i wszedł do miasta; nazajutrz zaś odszedł z Barnabą do Derbe (Dz. Ap. 14, 19-20)

I znowu widzimy, że Apostoł Paweł nie był supermenem. Superman nie dałby się ukamienować. Co więcej, widzimy że w tej sytuacji Pawłowi nawet specjalnie Bóg nie dopomógł. Bóg nie przysłał legionu aniołów, by go ochronili. Bóg pozwolił na to, by Paweł został ukamienowany. Ale później jakimś cudem, dzięki pomocy innych uczniów Apostoł Paweł doszedł do siebie. I zapewne obolały poszedł dalej. Prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani.

Paweł podsumowuje swoje doświadczenie w 10 wersecie. Zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący, aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło (2 Kor. 4, 10)

Apostoł Paweł mówi, że zawsze nosi na swoim ciele śmierć Jezusa. Co to znaczy? Że jego życiowe doświadczenia przypominają śmierć Jezusa. Częste prześladowania, częsty brak środków do życia, częste zniesławienia i nieuzasadnione cierpienie.

Zauważmy, że Apostoł Paweł nie mówi tu na temat cierpienia z powodu życiowych błędów. My czasem ponosimy konsekwencje naszych złych wyborów. Ale nie o takim cierpieniu tu mowa. Były to przede wszystkim cierpienia spowodowane tym, że głosił Jezusa i żył według Bożego Słowa: zawsze śmierć Jezusa na ciele swoim noszący.

Ale na cierpieniu się nie kończyło. Bo dalej czytamy: aby i życie Jezusa na ciele naszym się ujawniło. Gdy Paweł cierpiał, to zawsze w ślad za tym cierpieniem szedł ratunek. Jezus zawsze dawał mu jakieś wyjście, niekiedy w ostatniej chwili. Bywał powalony, a jednak nie pokonany. Bywał w finansowych tarapatach, ale zawsze został w jakiś cudowny sposób zaopatrzony. I wtedy na jego ciele ujawniało się życie Jezusa. W namacalny sposób, widoczny dla wszystkich. W glinianym naczyniu zaczynał błyszczeć piękny skarb. I wszyscy ludzie to widzieli.

Drodzy, być może dziś doświadczamy czegoś podobnego. Jakiejś próby, jakichś prześladowań czy tarapatów. Pamiętajmy, że Bóg o tym wie. I On chce aby jego chwała była widoczna przez nasze cierpienie.

Skarb to dowód na prawdziwość naszej wiary

Skarb w glinianych naczyniach to dla świata Boży dowód na prawdziwość naszej wiary. Ludzie często oczekują jakichś spektakularnych cudów i wielkich znaków. Mówią: pokaż nam Boga, a uwierzymy w niego. Niech Bóg napisze nam dowód na swoje istnienie palcem na niebie.

Do Jezusa przyszli kiedyś ludzie i prosili go o znak. Co odpowiedział im Jezus?Wtedy odpowiedzieli mu niektórzy z uczonych w Piśmie faryzeuszów, mówiąc: Nauczycielu, chcemy widzieć od ciebie znak. A On odpowiadając, rzekł im: Pokolenie złe i cudzołożne znaku żąda, ale nie otrzyma innego znaku jak tylko znak Jonasza proroka. Albowiem jak Jonasz był w brzuchu wieloryba trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w łonie ziemi trzy dni i trzy noce. (Mat. 12, 38-40)

O czym mówił Jezus? Jezus powiedział im o swojej śmierci i zmartwychwstaniu, które nastąpiło po trzech dniach. One będą dla faryzeuszy największym znakiem. I dla nas jest i pozostaje to największy znak. Innych wielkich znaków Bóg nie da, jak tylko znak Jonasza. Ten znak powinien nam wystarczyć.

A jednak bardzo podobny znak i przejaw Bożej chwały powtarza się ciągle na nowo, w życiu wszystkich prawdziwych chrześcijan. To właśnie skarb w glinianych naczyniach. W 11 wersecie czytamy: Zawsze bowiem my, którzy żyjemy, dla Jezusa na śmierć wydawani bywamy, aby i życie Jezusa na śmiertelnym ciele naszym się ujawniło (2 Kor. 4, 11)

W próbach i cierpieniach zawsze przyjdzie Boży ratunek

Apostoł Paweł powtarza tu jedno ważne słowo: zawsze. Jeżeli wiernie podążamy za Jezusem, to zawsze będą jakieś próby, jakieś uciski, jakieś prześladowania. Tak będzie zawsze. To jest nieuniknione. Musimy się na to nastawić. To jest duchowe prawo.

Ale o nie wszystko. Bo w ślad za tymi próbami zawsze będzie szedł z góry cudowny Boży ratunek. Tak będzie zawsze. To również jest duchowe prawo. I wtedy na naszym ciele, na żywym, namacalnym przykładzie, będzie się ujawniało życie Jezusa, Boża chwała. Tak tedy śmierć wykonuje dzieło swoje w nas, a życie w was (2 Kor. 4, 12)

Gdy chrześcijanie cierpią, inni ludzie patrząc na to zyskują wiarę. Ostatnio czytałem świadectwo pewnego lekarza o 75-letnim pastorze, który trafił do szpitala we Włoszech zarażony koronawirusem. Obecność tego pastora w szpitalu odmieniła panującą tam atmosferę. Czytał pacjentom Biblię, rozmawiał z nimi i dawał im nadzieję.

Nie tylko chorym, ale też personelowi medycznemu, ludziom którzy w ogóle nie wierzyli w Boga. Był w tym szpitalu jak światło od Boga. Po kilku dniach pastor zmarł, ale nadzieja pozostała.

Tak tedy śmierć wykonuje dzieło swoje w nas, a życie w was. W tym przypadku stało się tak dosłownie. Oczywiście nie mam pewności, czy ta historia jest prawdziwa, bo w sieci krąży wiele tzw. fake-newsów. Ale mówię o tym, bo w swojej posłudze duszpasterskiej byłem świadkiem wielu podobnych przypadków. Odwiedzając osoby wierzące z naszego zboru przebywające w szpitalach czy w domach opieki widziałem, jak wnoszą oni do swojego otoczenia światło poznania Boga.

Bóg chce objawić swoją moc

Cierpiący człowiek nigdy nie stanowi miłego widoku. Zawsze jest to widok przykry. Ale w życiu cierpiących chrześcijan jest coś specjalnego. Bo w ich przypadku w glinianych naczyniach błyszczy skarb, ujawnia się Boża chwała. I ludziom dookoła nagle zaczyna przyświecać nadzieja. Tak tedy śmierć wykonuje dzieło swoje w nas, a życie w was.

Jak niewierzący lub powątpiewający ludzie mają uwierzyć? Skąd mają czerpać dowody na prawdziwość Ewangelii? Albo jak słabi chrześcijanie mają się wzmocnić? Patrząc na skarb w glinianych naczyniach. Patrząc jak Bóg przeprowadza wierzących przez różne opresje. Wtedy w sercach ludzi zaczyna rodzić się wiara. Ludzie dochodzą do przekonania: tylko Bóg może za tym stać.

Być może dziś przechodzisz jakąś ciężką próbę. Jeśli jesteś człowiekiem wierzącym, to wszystko jest w porządku. Próby będą zawsze. Bóg chce objawić w twoim życiu swoją wielką moc.

A jeśli jesteś osobą powątpiewającą albo nie masz wiary, to pamiętaj, że Bóg nie da ci wielkich znaków. Jego znakiem będzie znak Jonasza oraz skarb w glinianych naczyniach. Zachęcam cię do zwrócenia uwagi na te znaki. Amen.

Ogień modlitwy

Posted

Pewien pastor zrobił w swoim zborze ankietę. Poprosił, żeby ludzie ocenili jaki jest duchowy stan jego zboru. Różni ludzie pisali różne rzeczy. Ale jedno zdanie się wyróżniało. Ktoś napisał: nasz zbór umiera, bo się nie modli. Niby wszystko jest OK, ale nie ma życia. Nie ma życia, bo nie ma modlitwy.

(kazanie w formie audio tutaj)

Na początku roku słuchałem kazania z Kościoła Brooklyn Tabernacle w Nowym Jorku. To kazanie w oparciu o 2 Tym. 1, 6 mocno do mnie przemówiło. Z tego powodu przypominam ci, abyś rozniecił na nowo dar łaski Bożej, którego udzieliłem ci przez włożenie rąk moich. (2 Tym. 1, 6)

Apostoł Paweł pisze do swojego młodszego brata w wierze, Tymoteusza, że ma rozniecić na nowo dar łaski Bożej. Tymoteusz był człowiekiem wierzącym. Był ewangelistą. Miał dar łaski Bożej. Ale w pewnym momencie jego miłość do Pana zaczęła niepostrzeżenie stygnąć. Inne rzeczy zaczęły być ważniejsze od Boga.

W jakiej sytuacji jesteśmy?

Być może jesteśmy dziś w podobnej sytuacji. Być może nasze serce nie jest już tak blisko Pana. Jest wypełnione sprawami tego świata. Brakuje nam mocy, ognia. I potrzebujemy rozniecić w sobie na nowo dar łaski Bożej.

Paweł pisze: roznieć na nowo dar łaski Bożej… Zauważmy, że to na Tymoteuszu spoczywała odpowiedzialność, aby to uczynić. Nie na Pawle. Nie na Bogu. Ale na Tymoteuszu. Tymoteusz miał do swojej dyspozycji wszystkie potrzebne środki. Ruch był po jego stronie.

Podobnie gdy widzimy ogień, który dogasa – też możemy coś z tym zrobić. Możemy dmuchać, dołożyć chrustu i gałęzi, żeby buchnął wysoko. Coś takiego miał zrobić Tymoteusz ze swoją wiarą.

Modlitwa drogą do odnowy

Ale jak to uczynić? Kluczową kwestią jest tu modlitwa. Szczególnie modlitwa indywidualna, osobista, może gdzieś w odosobnieniu. I też modlitwa dziękczynna i wysławiająca Pana. Jak powietrze i chrust dla ognia, tak do pobudzenia życia duchowego potrzebna jest modlitwa. Jeżeli chcemy rozniecić w sobie żar dla Pana powinniśmy więcej się modlić.

Biblia daje nam wspaniałe wzorce osób, które się modliły. Nie modliły się tylko od przypadku do przypadku, ale systematycznie. Przede wszystkim czytamy jak modlił się nasz Pan, Jezus Chrystus. Jezus modlił się na osobności rano, gdy wszyscy jeszcze spali. Na początku Ewangelii Marka czytamy, że uczniowie szukali Jezusa i nie mogli go znaleźć. I w końcu go znaleźli. Co robił Jezus? Modlił się. Rozmawiał na osobności ze swoim Ojcem (Mar. 1, 35-38).

W Ewangelii Mateusza czytamy, że gdy Jezus dokonał cudu pomnożenia chleba wysłał uczniów w łodzi na drugą stronę morza (Mat. 14, 23). A co sam uczynił? Wszedł na górę, by się modlić. Spędzał czas na osobności ze swoim Ojcem. Może godzinę, może dwie.

Z tego co widzimy w Ewangeliach nie było to u Jezusa nic wyjątkowego, ale raczej stały zwyczaj. Jezus miał w zwyczaju spędzać dużo czasu na rozmowie z Ojcem. Rano i wieczorem.

Podobnie czynili Apostołowie. W Dziejach Apostolskich czytamy, że Apostoł Piotr przebywając u Szymona garbarza wyszedł w porze obiadowej sam na taras, aby się modlić (Dz. Ap. 10, 9). Nie sądzę, że to była przypadkowa okoliczność. Po prostu Apostoł Piotr miał w zwyczaju modlitwę w ciągu dnia. Apostoł Paweł często pisał, że nieustannie modli się o innych chrześcijan. To nie były puste słowa, ale on to czynił. Apostołowie mieli zwyczaj regularnej modlitwy.

Przeszkody w modlitwie.

I my również powinniśmy mieć taki zwyczaj, nawyk. Nasz przeciwnik, diabeł będzie się starał zniechęcać nas do systematycznej, regularnej i długiej modlitwy. Będzie nam rzucał kłody pod nogi. Zawsze będzie coś ważniejszego. A to jakieś sprawy do załatwienia. A to film w telewizji czy mecz. A to coś na telefonie.

Ciekawe jest to, jak dużo czasu spędzamy na telefonie. Telefon jest zrobiony tak, żeby spędzać na nim jak najwięcej czasu. Wielkie firmy walczą o nasz czas i o naszą uwagę. Ale pytanie brzmi: ile czasu poświęcamy na modlitwę do Pana?

Uważam, że każdy wierzący człowiek może i powinien poświęcać dużo więcej czasu dla Pana i będzie to czas wartościowy. Wyjdziemy przemienieni, wzmocnieni.

Jedynie gdy nie mamy relacji z Bogiem, wówczas próba długiej modlitwy będzie dla nas frustrująca. Tu klasycznym przykładem jest John Wesley, kaznodzieja angielski z XVIII wieku. W młodości cudem ocalał z pożaru i postanowił wtedy oddać swoje życie Bogu. Uczynił to, został duchownym i pojechał ewangelizować Indian w Ameryce. Ale praca ta go przerosła i postanowił wrócić do Anglii. Chciał służyć Bogu, ale mu to nie wychodziło.

W drodze powrotnej na oceanie rozpętała się wielka burza i statek o mało co nie zatonął. W obliczu śmierci Wesley był przerażony. Ale na statku była grupa wierzących, Braci Morawskich, którzy mieli żywą wiarę. Oni nie odczuwali strachu, ale radowali się w Panu. Wesley zrozumiał, że coś z jego wiarą jest nie tak. Po powrocie do Anglii zaczął szukać sekretu prawdziwej wiary. I w końcu go odkrył – słuchając na jakimś spotkaniu odczytywane słowa komentarza Marcina Lutra do Listu do Rzymian. Poczuł w sercu ciepło Bożej miłości i dopiero wtedy przeżył duchowe odrodzenie.

Można być człowiekiem bardzo religijnym, można być nawet duchownym, misjonarzem, ale nie być człowiekiem odrodzonym duchowo. I wtedy modlitwa będzie czynnością trudną, jałową i frustrującą. Ale dla ludzi wierzących modlitwa jest czymś innym.

Dla Jana Wesleya to co wcześniej było jałowe i trudne nagle stało się rozkoszą. Modlitwa, spędzanie czasu z Bogiem stało się czymś, na co poświęcał bardzo dużo czasu. Zaczął się ruch przebudzenia w Kościele Anglikańskim i powstał Kościół Metodystyczny.

Jeśli jesteśmy osobami nawróconymi, odrodzonymi z Ducha Świętego, to spędzanie czasu z Bogiem na indywidualnej modlitwie nie będzie trudne. Będzie dla nas miłym i przyjemnym doświadczeniem. Ale warunek jest taki, żebyśmy byli ludźmi odrodzonymi duchowo.

Jaka powinna być nasza modlitwa?

Co mamy czynić w modlitwie? Przede wszystkim wysławiać Boga. Modlitwa zbyt często kojarzy nam się tylko ze wstawiennictwem, z proszeniem Pana o różne rzeczy. Za mało jest natomiast uwielbienia Boga. A uwielbienie powinno być główną treścią modlitwy.

Zobaczmy jak zaczyna się modlitwa Pańska: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje (Mat. 6, 9). Najpierw uwielbienie, chwalenie Boga, wysławianie Go, a dopiero później prośby. Gdy spojrzymy na Biblię to widzimy, że Boży ludzie zwyczajnie dużo czasu spędzali na uwielbianiu Boga.

Widać to od samego początku Biblii, już w Księdze Rodzaju. Gdy Setowi urodził się syn Enosz, wtedy zaczęto wzywać imienia Pana (1 Moj. 4, 26). O Abrahamie jest napisane w 3 miejscach, że wzywał imienia Pana (1 Moj. 13, 8; 13, 4; 21, 33), raz o Izaaku (1 Moj. 26, 25). Psalmy Dawida są przesycone uwielbieniem Pana. O Danielu czytamy, że 3 razy dziennie padał na kolana, modlił się i wysławiał swojego Boga (Dan. 6, 11). To nie były modlitwy wstawiennicze. To wszystko były modlitwy dziękczynne.

Założyciel szkoły Biblijnej gdzie studiowałem, Joseph Carroll, napisał książkę pt. Jak czcić Jezusa Chrystusa. Zapamiętałem jedno ważne zdanie z tej książki. Napisał, że gdy chwalimy Chrystusa, wtedy staje się On dla nas realny. Widzimy go coraz wyraźniej jako Boga oczami naszej duszy. Ale to się nie dzieje automatycznie. Musimy poświęcić czas, by go chwalić. To dlatego oddawanie chwały Bogu jest takie ważne. Bo wtedy, po pewnym czasie, zaczynamy doświadczać realnej obecności Boga. I nasze serce się wzmacnia.

Dawid powiedział: Tak błogosławić cię będę, póki życia mego, w imieniu twoim podnosić będę ręce moje. Dusza moja nasyca się jakby szpikiem i tłuszczem, a usta moje będą cię wielbić radosnymi wargami. (Ps. 63, 5-6) Gdy uwielbiamy Boga, to nasz duch się karmi, nasyca się jakby szpikiem i tłuszczem.

Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to spędzanie nawet długiego czasu na modlitwie nie będzie dla nas trudne. Będzie przynosiło nam pożytek, wzmocnienie. I każdy z nas może to czynić.

Oczywiście zawsze będą rywale. Zawsze będziemy musieli mobilizować się do modlitwy, zachęcać sami siebie do modlitwy. Dawid mówił o impulsie od Boga do modlitwy, któremu musiał być posłuszny: Z natchnienia twego mówi serce moje: „Szukajcie oblicza mego!” Przeto oblicza twego szukam, Panie (Ps. 27, 8).

Jako pastor staram się modlić dużo. Ale jakiś czas temu zauważyłem pewną niebezpieczną tendencję. Że zacząłem traktować modlitwę powierzchownie. Jako dodatek, niezbyt ważną czynność, coś co trzeba załatwić zanim przejdę do ważniejszych rzeczy. A nie jako czynność, którą z góry sobie planuję i której całkowicie się oddaję. To bardzo niebezpieczna postawa. I nic dziwnego, że później w życiu nie ma ognia i wpływu. Bo ten ogień można rozniecić tylko przez modlitwę.

W jaki sposób być pełnym Ducha?

W liście do Efezjan czytamy: I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha (Ef. 5, 18). Dobrze znamy te słowa. Ale często są one dla nas tylko teorią, a nie praktyką. Co to znaczy napełniać się Duchem? Jak to czynić?

Ciekawe w tym wersecie jest zestawienie picia alkoholu z napełnianiem się Duchem Świętym. Co ma wspólnego jedno z drugim? Wydaje się, że to są dwie skrajnie odległe czynności i rzeczywiście tak jest. Ale jednak są pewne analogie.

Człowiek pod wpływem alkoholu nie jest sobą. Nie kontroluje siebie, jest rozwiązły. Mówi rzeczy, których normalnie by nie powiedział. Robi rzeczy, których normalnie by nie zrobił. Choć niektórzy żartobliwie twierdzą, że właśnie wtedy człowiek jest sobą – i w tym coś jest. Bo wtedy bez żadnych przeszkód wychodzi na jaw skażona grzechem natura ludzka.

Ale człowiek napełniony Duchem Świętym też nie jest sobą. Inaczej postępuje niż postąpiłby, gdyby nie był napełniony Duchem. Ma więcej duchowego rozeznania, wyrozumiałości, miłości, mocy, powściągliwości. Ma moc od Boga, by żyć jak Chrystus.

Jest jeszcze jedna analogia do picia alkoholu. Żeby napełnić się winem trzeba coś zrobić. Pójść do sklepu. Kupić alkohol. Usiąść, wypić. Trochę czasu to zajmuje. Dopiero po pewnym czasie człowiek znajduje się pod wpływem alkoholu.

I tak samo, by zostać napełnionym Duchem Świętym, coś trzeba zrobić. Samo się to nie stanie. Trzeba trochę czasu, żeby rozniecić ogień. A co takiego trzeba zrobić? O tym mówi kolejny werset: Rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu (Ef. 5, 19).

Żeby napełnić się Duchem Świętym trzeba napełnić swój umysł określoną treścią: prawdą Słowa Bożego. To naturalnie rodzi uwielbienie. Świat dookoła nas cały czas napełnia nasze umysły swoją treścią poprzez telewizję, media i inne osoby. Dlatego tak ważne jest, by systematycznie dawać napełniać swój umysł prawdą Słowa Bożego.

Ostatnio pewna siostra w wierze opowiadała, że miała bardzo trudną sytuację w domu. Już wcześniej dużo się modliła o rozwiązanie tej sytuacji, ale bez skutku. W momencie krytycznym nie wiedziała już co ma robić. Wzięła słuchawki puściła bardzo głośno muzykę chrześcijańską. Przez dwie godziny uwielbiała Pana. Nie modliła się i nie prosiła Boga. Tylko uwielbiała Go. I w ciągu kilku dni Pan zupełnie zmienił okoliczności.

Za dużo prosimy Boga, a za mało cieszymy się Bogiem, za mało Go uwielbiamy. Być może gdybyśmy więcej go uwielbiali, wtedy też lepiej byśmy go prosili, bo mielibyśmy lepsze rozeznanie o co prosić (Jak. 4, 3). Dopiero gdy poświęcamy czas by to czynić, wówczas napełniamy się Duchem Świętym.

Płomień musi płonąć cały czas

Napełnianie się Duchem Świętym jest Bożym przykazaniem. Nie jest jakąś alternatywą dla bardziej duchowych chrześcijan. Wszyscy chrześcijanie powinni napełniać się Duchem Świętym. Ten płomień ma płonąć cały czas.

Ale jak długo się modlić? Godzinę, dwie godziny? Czy wystarczy pięć minut? Dużo zależy od tego jak się modlimy. Jeśli modlimy się z kimś, to nasze modlitwy zasadniczo nie powinny być zbyt długie, przez wzgląd na szacunek dla innych ludzi. Ludzie mają ograniczoną możliwość koncentracji. Chyba, że umówimy się wcześniej, że poświęcimy wspólnie więcej czasu na modlitwę. Natomiast modlitwy na nabożeństwach powinny być raczej zwięzłe. Unikamy wtedy błędów przed którymi przestrzegał nasz Pan. Ostrzegał, by nie modlić się na pokaz, dla innych (Mat. 6, 5-6).

Jeśli modlimy się sami, to oczywiście możemy modlić się dłużej. Ale też musimy uważać, aby nie popaść w wielomówstwo. Jezus i przed tym nas ostrzegał – poganie modlą się długo, bo myślą że dla wielu słów będą wysłuchani. Ale to nie jest potrzebne. Nasz Ojciec wie, czego potrzebujemy zanim otworzymy usta (Mat. 6, 7-8).

Nie jest ważne jak długo się modlimy – czy to jest minuta, pięć, dziesięć minut czy godzina. Ale ważny jest efekt. Gdzie ta modlitwa mnie doprowadza. Czy napełniłem się Duchem Świętym.

Tylko Bogu chwała!

A jak to ocenić? Jest na to prosty sposób. Jestem pełen Ducha wtedy, gdy szczerze pragnę, żeby tylko Bogu była chwała, a nie mi. Jeśli szczerze pragnę, by Jezus był wywyższony, wtedy jestem pełen Ducha Świętego. Komuś to może zająć krócej, a komuś dłużej. Ale ważne, byśmy cały czas do tego punktu dochodzili.

Diabeł będzie nam mówił: to nie dla ciebie. Nie dasz rady. Nie wytrwasz. Ale to nie jest prawda. Jeśli jesteś człowiekiem wierzącym, to dasz radę trwać w uwielbieniu. Co więcej, im więcej będziemy się modlić, tym łatwiej będzie nam modlitwa przychodzić.

Paweł napisał do Tymoteusza: ćwicz się natomiast w pobożności. Albowiem ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek, pobożność natomiast do wszystkiego jest przydatna (1 Tym. 4, 7-8). Sportowcy dużo ćwiczą i wyrabiają mięśnie. Miałem w szkole kolegę, który zawsze był bardzo szczupły i wysoki. Po ukończeniu szkoły przez dłuższy czas go nie widziałem. A gdy po pewnym czasie zobaczyłem go ponownie to prawie go nie poznałem. Miał potężne mięśnie. Zapytałem go, co się stało. Powiedział, że zaczął chodzić na siłownię.

Ale Apostoł Paweł mówi, że ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek. Jakiś pożytek jest, łatwiej nam coś udźwignąć, itp. Ale jest on niewielki, w porównaniu z ćwiczeniem duchowym. Jeśli będziemy dużo się modlili, to będziemy się wzmacniać duchowo. Będzie w nas więcej owocu Ducha Świętego: miłości, radości, pokoju, cierpliwości, wyrozumiałości, powściągliwości. I po jakimś czasie ludzie nas nie poznają. Zapytają: to ty? Staniemy się innymi ludźmi. Oczywiście nie ćwiczymy się dla siebie, ale po to by lepiej służyć Bogu i bliźnim.

Pamiętajmy, że to o czym mówię nie jest jakąś opcją dla bardziej uduchowionych chrześcijan. Wszyscy mamy napełniać się Duchem. Świat napełnia nas cały czas i będzie nas cały czas napełniał. Przez telewizor, radio, komputer, telefon, ludzi wokół nas. Przenikają do nas treści tego świata. To jest nieuniknione.

Dbaj o to, by Bóg mógł cię stale napełniać.

Dlatego musimy poświęcić czas, by dać się napełniać przez Boga. Powinniśmy to czynić systematycznie, regularnie. Wtedy będziemy mocniejszymi chrześcijanami, będzie w nas więcej mocy, Bożego pokoju.

I nasz zbór będzie mocniejszy. Będziemy bardziej atrakcyjni dla ludzi wokół nas. Będą widzieli, że my mamy coś innego. Nie będziemy tylko wygadanymi ludźmi z wielkimi głowami, z dobrą teologią i z właściwymi odpowiedziami na wszystkie trudne pytania. Ale nasze życie będzie inne. Będzie w nim czuć obecność i moc Boga.

Ostatnio na obozie zadaliśmy dzieciom pytanie: czy zazdrość, zawiść to coś dobrego, czy złego? Oczywiście spodziewaliśmy się odpowiedzi: tak, to coś złego. Ale jedna grupa starszych chłopców powiedziała: to zależy. Zapytaliśmy: od czego to zależy? Oni na to: zależy, czego się zazdrości. Bo można na przykład komuś zazdrościć dobrej relacji z Bogiem! Musieliśmy przyznać im rację.

Jeśli będziemy ludźmi napełnionymi przez Ducha Świętego, będzie to widać. Będzie to atrakcyjne i pociągające dla innych ludzi. Będą nam nawet tego zazdrościć i będą chcieli doświadczyć tego samego. Ale droga do takiej postawy wiedzie przez poświęcenie czasu na uwielbianie Pana. Możemy i powinniśmy wszyscy to czynić. Jedyny warunek to ten, aby być odrodzonym człowiekiem.

Dlatego rozniecajmy dar łaski Bożej, który już mamy. Napełniajmy się codziennie Duchem Świętym. A Bóg będzie nas przemieniał w innych ludzi. Amen.

Jak odwrócić nieszczęście?

Posted

Jak odwrócić nieszczęście?

Nasze dzisiejsze spotkanie przypomina mi nieco sytuację z ostatniego lata. Pojechałem wraz z pewnym wierzącym znajomym do Turcji, gdzie zwiedziliśmy ruiny 7 starożytnych miast, w których było 7 zborów z Księgi Objawienia, Apokalipsy. Była to ciekawa podróż i mam nadzieję, że przy okazji podzielę się różnymi spostrzeżeniami i zdjęciami, a było ich mnóstwo.

(kazanie w formie audio tutaj)

W każdym z 7 miejsc mieliśmy jakby małe nabożeństwo. Na początku znajomy czytał z Księgi Objawienia list do zboru w danej miejscowości, następnie ja czytałem z laptopa kazanie w oparciu o ten list, a na koniec kolega się modlił. Te mini-nabożeństwa przypominają nasze dzisiejsze skromne zgromadzenie. Z powodu pandemii wirusa i związanych z nią obostrzeń jest nas tylko garstka. Ale liczba nie ma znaczenia.

Na końcu tej podróży miał miejsce śmieszny epizod. W Pergamonie spotkaliśmy grupę wierzących osób z USA. Mój kolega powiedział im, że zwiedzamy wszystkie 7 miast, i że w każdym mieście wygłaszam dla niego kazanie. Amerykanie się zdziwili. Myśleli, że przygotowuję i wygłaszam kazania specjalnie tylko dla jednej osoby. Oczywiście zaraz im wyjaśniliśmy, że te kazania były już wcześniej przygotowane i wygłoszone w Zborze w Elblągu.

Dziś rozpocznę od pewnej interesującej historii. Gdy byłem nastolatkiem bardzo lubiłem chodzić po górach, zresztą nadal lubię to robić. Pewnego lata przebywałem przez cały tydzień w obozowisku taterników koło Morskiego Oka w Tatrach. Rano taternicy wychodzili na wspinaczki, a wieczorem schodzili się z gór i opowiadali co im się przytrafiło w ciągu dnia. Opowiadali też o innych przygodach, które kiedyś przeżyli w górach.

Pamiętam historię, którą pewien taternik opowiedział o wspinaczce na grań 7 Apostołów. Jest to szereg kilku ostrych turni w pobliżu Morskiego Oka, które kończą się szczytem: Żabi Szczyt Niżni.

Wspinacze zabrali ze sobą książkowy przewodnik wspinaczkowy autorstwa Witolda Paryskiego. Jest to najważniejszy, standardowy przewodnik, z którego przez wiele dekad korzystali wszyscy taternicy. Są w nim opisane wszystkie najważniejsze trasy wspinaczkowe w Tatrach. Przewodnik słynie z bardzo rozbudowanych i kwiecistych opisów.

Wspinacze zdobywając 7 Apostołów postępowali dokładnie według wskazań przewodnika. Ale coś chyba poszło nie tak. Bo zdobyli już ostatni szczyt, a w opisie wspinaczki znajdowali się dopiero w połowie.

W jakim momencie historii jesteśmy?

Myślę, że podobną trudność możemy napotkać, podczas studiowania Księgi Objawienia: nie wiemy gdzie w fabule tej księgi obecnie się znajdujemy.

Księgę Objawienia dogłębnie studiowaliśmy w naszym Zborze przez ostatnie 2 lata na niedzielnych kazaniach. Jak pamiętamy zasadnicza część księgi, znajdująca się już po 7 listach do 7 kościołów, zbudowana jest w oparciu o trzy serie Bożych kar, które spadają na świat z powodu grzechu. Wszystko zaczyna się od 7 pieczęci, z ostatniej pieczęci wychodzi 7 trąb, a z ostatniej trąby 7 ostatecznych czasz Bożego gniewu. Każda kolejna seria oznacza coraz surowszy sąd Boży.

Jedna z trudności w interpretacji Księgi Objawienia polega na tym, że nie wiemy w którym miejscu w tej sekwencji się znajdujemy: w pieczęciach, w trąbach, czy w czaszach. A może jeszcze w ogóle nie weszliśmy w żadną serię? I jesteśmy zdezorientowani, podobnie jak ci wspinacze zdobywający 7 Apostołów: to czego doświadczali w rzeczywistości nie zgadzało się z tym, co czytali w przewodniku.

Kwestia ta nabiera szczególnego znaczenia gdy mamy do czynienia z globalnym kryzysem, jaki dziś przeżywamy: ogólnoświatową pandemią. Zadajemy sobie pytanie: czy to już są wydarzenia opisane w Apokalipsie, czy jeszcze nie? I nagle to, co dotąd było tylko ciekawą teorią, staje się rzeczywistością, której doświadczamy.

I od razu na wstępie powiem, że do odpowiedzi na pytanie „gdzie jesteśmy według biblijnych proroctw” należy podejść z dużą ostrożnością, mając na uwadze szeroką perspektywę historyczną.

Epidemia w naszej okolicy

Podam konkretny przykład. Na Wysoczyźnie Elbląskiej, przy drodze z Pogrodzia do Tolkmicka znajduje się niewielki pagórek porośnięty lipami, a na jego szczycie jest mała zabytkowa kapliczka. Kiedyś z ciekawości przeczytałem na mapie opis, co tam się znajdowało. Okazało się, że było to miejsce, na którym był cmentarz po wielkiej epidemii dżumy, która nawiedziła te okolice w latach 1709-1711. Kilkadziesiąt osób z Pogrodzia zmarło i zostało pogrzebanych właśnie na tym pagórku. Na całej Warmii zmarło wtedy 12 tys. ludzi, a w całych Prusach Książęcych aż 200 tys. W niektórych miejscach zginęło 2/3 a nawet 3/4 ludności. I trzeba było zasiedlać te tereny na nowo.

Jeżeli znamy historię świata to wiemy, że od czasu do czasu wybuchały wielkie epidemie, które dziesiątkowały ludność. Podobnie jak wielkie wojny, trzęsienia ziemi, głody, wielkie prześladowania ludności i inne katastrofy. Według mnie mogą to być wydarzenia, o których mówią apokaliptyczne pieczęcie – przynajmniej 5 pierwszych pieczęci. Są one bardzo podobne do tego, co Jezus nazwał „początkiem boleści” w Ewangelii Mateusza 24, 8. Kolejne sądy ogłoszone przez 7 trąb mówią o wiele potężniejszych kataklizmach niż te, które świat przebywał dotąd. Ale oczywiście mogę się mylić, tak jak owi taternicy na 7 Apostołach.

Nie trwóżcie się!

Gdy Jezus mówił o tych sprawach powiedział też do uczniów jedną ważną rzecz, którą jako ludzie wierzący powinniśmy sobie wziąć do serca. Powiedział: gdy to się będzie działo nie trwóżcie się (Mat. 24, 6). Nawet gdyby niebo waliło nam się na głowy, nie mamy się bać.

Być może wieści o wirusie, które słyszymy w mediach lub od innych osób są jak ciemna chmura, która zaczyna przysłaniać nam Boga, jego miłość, łaskę i wierność. Ale nie powinno tak być. Nie powinniśmy się bać. Żaden wirus, ani żadna inna rzecz nie zmienią Bożej miłości do nas i troski o nas.

O tym mówi Psalm 46. Bóg jest ucieczką i siłą naszą, pomocą w utrapieniach najpewniejszą. Przeto się nie boimy, choćby ziemia zadrżała i góry zachwiały się w głębi mórz. Choćby szumiały, choćby pieniły się wody, choćby drżały góry z powodu gniewu jego. Jest rzeka, której nurty rozweselają miasto Boże, przybytek święty Najwyższego. Bóg jest w nim, nie zachwieje się: Bóg wspomoże go przed świtem. Wzburzyły się narody, zachwiały się królestwa, odezwał się głosem swoim i rozpłynęła się ziemia. Pan Zastępów jest z nami, warownym grodem jest nam Bóg Jakuba. (Ps. 46, 2-8)

Jest to ważne napomnienie, szczególnie gdy jesteśmy świadkami wybuchu pandemii. Najgorsze w tym jest to, że nie wiemy co się stanie. Nie wiemy co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc. Ale Jezus mówi: nie trwóżcie się. Ale nie pozwólcie by owładnął wami strach. Ufajcie Bogu. Bóg ma wszystko pod kontrolą i troszczy się o swój lud.

Co innego powinno być dla nas dziś ważne. Nie pytanie o to, jaki będzie rozwój wydarzeń. Ale ważne pytanie dlaczego w ogóle coś takiego się dzieje i czy można coś zrobić, aby to się skończyło.

Czy Bóg oczekuje od nas czegoś więcej niż modlitwa?

Co można zrobić, aby to się skończyło? Oczywiście trzeba stosować się do zaleceń władz. Ale możemy robić więcej. Możemy się modlić. Ja się modlę o to, aby pandemia się skończyła. Ale zadałem sobie też inne pytanie: czy sama modlitwa wystarczy? Czy może Bóg oczekuje od nas czegoś więcej? Żeby odpowiedzieć na to pytanie najlepiej zobaczyć, jak podobne sytuacje były rozwiązywane w przeszłości, szczególnie w Biblii.

Historię świata można interpretować na dwa sposoby. Dla ludzi, którzy odrzucają istnienie Boga historia świata jest chaosem. Jest ciągiem różnych przypadkowych wydarzeń, ciągiem nieszczęść, które dotykają ludzkość, i powolnego podnoszenia się ludzkości z tych nieszczęść. Ale historia nie ma żadnego sensu, celu i kierunku. Wszystko zależy tylko od mądrości i zaradności człowieka.

Natomiast my, którzy wierzymy w Boga, i to w Boga objawionego w Biblii, wierzymy, że historia ma cel. Nie ma przypadków. Bóg działa w historii i niekiedy dopuszcza nieszczęścia. A nawet je zsyła. Na przykład wielki potop, albo ogień z nieba na Sodomę i Gomorę. Czytamy, że zesłał go sam Pan z nieba (1 Moj. 19, 24).

Ostatnio przerabiamy z dziećmi historię Izraela w epoce królów. Biblia opisuje okres rządów królów. Były dwa rodzaje królów: dobrzy i źli. Pierwsi doświadczali błogosławieństwa, a drudzy doświadczali wielkich nieszczęść.

Dlaczego się tak działo? Ktoś kto odrzuca Boga powie: to był przypadek. Akurat sytuacja polityczna była taka a nie inna. Ale Biblia mówi inaczej: nieszczęścia spadały na królów z powodu ich grzechu. Spadały głównie z powodu jednego, najcięższego grzechu: grzechu bałwochwalstwa. Zastąpienia prawdziwego Boga fałszywymi bożkami.

Co powinni byli robić królowie, aby nieszczęście ich ominęło? Mieli odwrócić się od swoich grzechów. Gdy to się działo, gdy królowie porzucali swoje grzechy, wtedy Bóg odwracał nieszczęście. To obiecał Bóg Salomonowi.

Gdy zamknę niebiosa, tak iż nie będzie deszczu, albo gdy każę szarańczy, aby objadła ziemię, albo gdy ześlę zarazę na mój lud, i ukorzy się mój lud, który jest nazwany moim imieniem, i będą się modlić, i szukać mojego oblicza, i odwrócą się od swoich złych dróg, to Ja wysłucham z niebios, i odpuszczę ich grzechy i ich ziemię uzdrowię. (2 Kron. 7, 13-14)

Bóg obiecał, że jeśli Izraelici odwrócą się od swoich grzechów i będą go szukać, to on odwróci od nich nieszczęścia.

Ale Biblia mówi, że Boża obietnica dotyczy nie tylko Izraelitów, ale również innych narodów. Tu najlepszym przykładem jest Niniwa w Asyrii i sytuacja, o której czytamy w Księdze Jonasza. Ludzie w Niniwie byli bardzo źli. Bóg postanowił ich ukarać. Ale zanim to zrobił posłał do nich proroka Jonasza, aby ich ostrzec. Bóg zanim ześle sąd zawsze ostrzega ludzi. Gdy mieszkańcy Niniwy usłyszeli od Jonasza, że nadchodzi Boży sąd zaczęli się nawracać, porzucać swoje grzechy. I ostatecznie Bóg się zlitował nad nimi i ich nie osądził.

Tak więc Biblia przedstawia jasny obraz rzeczy. Pokazuje bardzo prostą zależność. Nieszczęście jest konsekwencją grzechu. Oczywiście należy zaznaczyć, że nie jest tak w każdym przypadku.

Co to za Bóg, który zsyła na ludzi karę?

Ale w tym miejscu ktoś mógłby zadać pytanie: co to za Bóg, który zsyła na ludzi kary? To jest srogi Bóg Starego Testamentu, a nie kochający Bóg Nowego Testamentu, Jezus! Ale Bóg jest tylko jeden i jest to kochający Bóg.

Wyobraźmy sobie, że ktoś ma raka na jakimś organie. Rak może przerzucić się na inne organy. Co lepiej zrobić: wyciąć organ zaatakowany przez raka, czy czekać aż rak przerzuci się na inne organy? Lepiej wyciąć ten organ. Choć jest to bolesne.

Grzech jest taką chorobą, rakiem, który toczy ludzi. I gdy pomimo ostrzeżeń ludzie nie reagują – to Bóg mówi: trzeba usunąć zło. Żeby się nie przerzuciło na innych. Tak było w przypadku Sodomy i Gomory. Z Sodomy i Gomory na wszystkie okolice emanował grzech. Gdyby Bóg nie zareagował, to wszyscy ludzie zaczęliby postępować tak samo bezbożnie jak mieszkańcy Sodomy i Gomory. I wtedy sąd Boży byłby jeszcze bardziej dotkliwy, objąłby większy zasięg, jak podczas potopu. Bóg ukarał te miasta, aby powstrzymać eskalację zła i aby inni ludzie wyciągnęli odpowiednie wnioski.

Dlatego dziś najważniejsze pytanie brzmi: skoro sama modlitwa nie wystarczy, a trzeba odwrócić się od grzechu – to pytanie brzmi od jakiego grzechu trzeba się odwrócić? Trzeba sobie zadać znane pytanie: za jakie grzechy? Co złego jest w naszym życiu, że Bóg pozwolił na wybuch pandemii?

Jak odpowiedzieć na to pytanie? Oczywiście na pewno z łatwością moglibyśmy wskazać na tysiące grzechów w świecie wokół nas. Łatwiej dostrzegamy grzechy u innych, a nie u siebie. Jak powiedział Jezus widzimy źdźbło w oku bliźniego, a nie widzimy belki w swoim oku (Mat. 7, 3).

Dlatego proponuję, aby zacząć od siebie. Biblia mówi, że sąd zaczyna się od domu Bożego (1 Ptr. 4, 17). Bogu zależy szczególnie na czystości jego własnego ludu. Może i przez to doświadczenie chce nas oczyszczać.

Zacznijmy od siebie

Najlepiej zacząć od samego siebie. Spojrzeć na swoje życie i modlić się do Ducha Świętego. Czy wszystko w moim życiu podoba się Panu? Czy nie ma jakichś tajnych grzechów? Przewlekłych duchowych chorób? Czy nie ma w moim życiu czegoś, z czego bardzo szybko i bardzo łatwo się usprawiedliwiam? A Bogu to się nie podoba? To jest pierwsza i najważniejsza rzecz. Zacząć od siebie. A kiedy Bóg nam odpowie i coś pokaże – to wtedy działać. Nie machać na to ręką. Ale wziąć to sobie do serca i zareagować.

Zacząć od domu Bożego znaczy też zacząć od swojego zboru, kościoła, i od całego naszego ewangelikalnego czy protestanckiego środowiska. Nie tylko w Polsce ale i na całym świecie. Zadać pytanie: czy podobamy się Bogu? Czy może jest coś, co może się nie podobać Bogu? Co byśmy odpowiedzieli, gdyby ktoś zadał nam takie pytanie?

Ostatnio nieco się nad tym zastanawiałem. I gdy porównuję nasz współczesny kościół protestancki z kościołem protestanckim z czasów reformacji to dostrzegam pewną różnicę. Jesteśmy jak chorągiewka, jak kameleon. Bardzo szybko dostosowujemy się do otoczenia. Dlaczego? Żeby się specjalnie nie odróżniać, i żeby nie ponosić kosztów podążania za Chrystusem i jego nauką.

Oczywiście zazwyczaj mówimy co innego. Mówimy, że upodabniamy się do naszego otoczenia, aby nie stawiać przeszkód Ewangelii, itd. I co to powoduje? Że ludzie nie widzą absolutnie żadnej różnicy między nami a tradycyjnym kościołem. Widzą jedynie różnicę w formie, że u nas jest trochę weselej, żywiej. Jednak reformatorzy byli bardziej zdecydowani i bardzo ostro akcentowali różnice między nauczaniem Pisma Świętego a błędnymi doktrynami tradycyjnego Kościoła.

Rozmawiałem ostatnio z pewną wierzącą osobą na temat Festiwalu Nadziei, wielkiej ewangelizacji z Franklinem Grahamem z USA, zorganizowanej kilka lat temu na stadionie Legii w Warszawie. I on powiedział, że nie wziął udziału w tej ewangelizacji. Zapytałem go dlaczego? Przecież była tam głoszona ewangelia do tysięcy ludzi. Powiedział, że zrezygnował, ponieważ do współorganizacji festiwalu został dopuszczony tradycyjny kościół. Taką decyzję podjęli organizatorzy. Dlaczego? Nie wiem, ale chyba dlatego, żeby w festiwalu wzięło udział więcej ludzi i stadion nie świecił pustkami.

Z tej ewangelizacji najbardziej zapamiętałem jedno: że było strasznie zimno. Nie padał deszcz, ale było zimno, choć była już połowa czerwca. I zadawałem sobie pytanie: dlaczego Bóg nie dał ładniejszej pogody? A może to diabeł się wtrącił? Wiadomo, że gdy głoszona jest Ewangelia, to diabeł zawsze przeszkadza. Ale dziś myślę, że może jest coś w tym, co mówił ten brat. Być może Bóg nam nie błogosławił w pełni, bo w pełni mu nie zaufaliśmy i poszliśmy na zbyt głęboki kompromis.

Problem współczesnego kościoła

To jest moim zdaniem główny problem współczesnego Kościoła protestanckego: jesteśmy jak chorągiewka. Jednak reformatorzy nie bali się nazywać rzeczy po imieniu i często cierpieli tego konsekwencje. Od dłuższego czasu czytam zbiór kazań Jana Kaliwina z Listu do Efezjan. Muszę przyznać, że on nazywał rzeczy po imieniu.

Podam przykład i przytoczę fragment 38 kazania. Ostrzegam, że są to bardzo ostre słowa. Taki był chyba zresztą język tamtej epoki – ludzie byli bardziej dosadni i nazywali rzeczy po imieniu.

Oto powód dla którego papiści [czyli rzymscy katolicy] nie są zdolni do sformułowania choćby jednej prośby, której Bóg mógłby wysłuchać. Bo w rzeczywistości nie są lepsi od niemowy. Bo wprawdzie można słyszeć jak wspólnie śpiewają wiele hymnów i pieśni, jednak Bóg nie może być przez nich uwielbiony. Bo wprawdzie kończą swe modlitwy zwrotem: „przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”, to jednak brakuje im przekonania, że Bóg będzie dla nich łaskawy; nie są też tego godni, ponieważ pozbawiają naszego Pana Jezusa Chrystusa czci, mieszając go z innymi świętymi i swoimi własnymi pośrednikami, tak że człowiek nie może go odróżnić od innych. A nawet ustawiają go w kącie, albo z tyłu, na samym końcu, podczas gdy sami uganiają się za tym, aby uzyskać łaski i modlitwy świętych. I właśnie w tym upatrują swej nadziei; to również rodzi diabelską myśl, że mogą sami składać odpowiednie ofiary i siebie zbawić.

J. Kalwin był bardzo ostry. Nazywał rzeczy po imieniu. Inni reformatorzy też. Katolicy umniejszają Chrystusa, mieszają go ze świętymi i swoimi zasługami, i dlatego nie mają prawdziwej wiary.

Czy od czasów Kalwina coś w tradycyjnym kościele się zmieniło? Owszem, zmienia się forma. Ale doktryna się nie zmieniła. Natomiast protestanci przymykają na to oko. Może dla popularności, a może dlatego, żeby nie cierpieć prześladowań. Jednak nie sądzę, aby to się podobało Panu. Gdyby kościół protestancki miał z czegoś pokutować, i mam tu na myśli żywy kościół protestancki, a nie liberalną, zeświecczałą jego część, to właśnie z kompromisu.

A z czego miałby pokutować świat? Na ten temat można by oczywiście powiedzieć najwięcej. Ale nie musimy tego robić. Bo paradoksalnie lepiej od nas zrobią to właśnie katolicy, tak bardzo krytykowani przez Jana Kalwina. Aborcja, seks bez ślubu, kwestie LGBT, gender. Chciwość, pycha, egoizm, pogoń za pieniądzem, te rzeczy, które tak bardzo piętnuje obecny papież Franciszek. I oczywiście to wszystko są złe rzeczy.

Grzech. Przyczyna czy skutek choroby?

Ale zasadnicze pytanie brzmi z czego te grzechy się biorą? Czy te grzechy to przyczyna, czy raczej skutek, przejaw o wiele głębszej choroby? Uważam, że jest to skutek o wiele głębszej choroby. Choroby braku poznania Boga, braku prawdziwej relacji z Bogiem. Jeśli człowiek nie ma relacji z Bogiem, jeśli nic nie wie na temat Bożej miłości w swoim sercu – to cóż w tym dziwnego, że szuka spełnienia w grzechu i innych rzeczach, jak alkohol czy używki? Nie widzę w tym nic dziwnego. Carpe diem, „chwytaj dzień” – to jest odwieczna filozofia tego świata.

Ale pytanie brzmi, dlaczego ludzie nie doświadczają Boga i jego miłości? Dlaczego nie mają z nim relacji? To jest dobre pytanie. A odpowiedź brzmi: bo nikt im o tych sprawach nie mówi, nikt im tego nie potrafi wytłumaczyć, nikt ich nie doprowadził do relacji z żywym Bogiem. Ludzie są prowadzeni w złym kierunku, a nie do żywego Boga. Jezus powiedział: jeśli ślepy ślepego prowadzi to obydwoje w dół wpadną (Mat. 15, 14). Największą winę za to ponoszą duchowi przewodnicy, którzy sami błądzą.

A jaki to fałszywy kierunek, wytyczony przez błądzących przewodników duchowych? Jaki grzech jest największy? Jaka jest praprzyczyna grzechu i król wszystkich innych grzechów? Odpowiedź może być zaskakująca i niespodziewana. Za co byli karani królowie Izraelscy? Za bałwochwalstwo. Że czynili sobie innych bogów i im oddawali cześć.

Dziś ludzie w Polsce nie mają innych bogów. Ale mają to, o czym pisał Jan Kalwin: mają świętych, mają innych pośredników, którzy de facto stają się bogami. Biblia wyraźnie mówi, że powinniśmy się modlić do Boga i tylko do Boga. Boga w Trójcy jedynego: Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Nie do człowieka, kimkolwiek by był. A tym bardziej nie do obrazu czy figury. Bo wtedy te rzeczy stają się dla ludzi bogami, którzy zasłaniają prawdziwego, jedynego Boga.

Jeżeli walczymy z aborcją, ideologią LGBT, egoizmem, to walczymy tylko z symptomami grzechu. Korzeń grzechu leży w bałwochwalstwie. Od tego muszą odwrócić się ludzie. Tego nauczał Apostoł Paweł w 1 rozdziale listu do Rzymian. Na początku jest odrzucenie Boga i bałwochwalstwo, a później w ślad za tym idą wszystkie inne grzechy. I przede wszystkim od tego grzechu powinni odwrócić się ludzie, jeśli chcą aby nieszczęście minęło.

Ale my dziś powinniśmy zacząć od zmienienia siebie, a nie od świata wkoło nas. Świata nie możemy zmienić, siebie możemy. Pytajmy Ducha Świętego, co mamy zmienić w swoim życiu. A gdy nam pokaże – zmieńmy to. Bóg obiecuje, że jeśli będziemy odrzucali grzech, to On ulituje się i odwróci od nas nieszczęście.

Zapewne pandemia za jakiś czas minie. I zostanie to ogłoszone jako wielki sukces człowieka i cywilizacji, a nie jako odpowiedź na modlitwę, choć być może ktoś również podziękuje Bogu. Ale później przyjdzie jakiś kolejny kryzys, może większy. I kolejny. I kolejny…

Z tego powodu nie zadowalajmy się dziś powierzchownymi odpowiedziami. Szukajmy głębszych odpowiedzi na to co się dzieje. Odpowiedzi, które daje nam Pismo Święte. A gdy je poznamy to przyjmujmy je i trzymajmy się ich. A Bóg będzie nam błogosławił. Amen.

Pastor Paweł Kugler